Wyszukaj na stronie
Masz już konto? Zaloguj się!

Paraolimpiada okiem obiektywu…

11 czerwiec 2014

Para olimpiada już za nami, ale wspomnienia są wciąż żywe. 

Przede wszystkim trzeba zacząć od podziękowań dla tych, których zabrakło w pierwszym poście, tj. Zombiego za sztrom (dla tych z Sosnowca: bez tego byłoby ciemno jak w ….), Rafałowi Bogdanowi za dyplomy (nota bene Lama, Mszyca i Buła proszeni o odbiór w siedzibie KW), X-sowi za udostępnienie Elteka, dzięki któremu możliwy był transport rzeczy przeróżnych (w tym kajaka), Piotrkowi z Białej Mały za możliwość korzystania z lanego piwa i wszystkim tym, którzy jak rumcajsy z zrzacholeckiego lasu nanieśli drzewa na ognisko (z którego ktoś korzysta zapewne jeszcze do dziś). Achiowi - za Kajak (caone) i zaufanie, którym Nas obdarzył i uwierzył, że kajak cały wróci (wrócił).

 

A teraz przejdźmy w końcu do konkretów. Jeśli olimpiada KW to musiały się znaleźć konkurencje związane z górami, tj. kolarstwo górskie, himalaizm, skialpinizm i kanionig. A dlaczego para-olimpiada? Nie dlatego, że jesteśmy jakoś ograniczeni (choć mówi się, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani;), ale chodziło o szeroko pojęte partnerstwo. Dobór zespołów był wybitnie luźny, trudno więc wnikać w motywacje i klucz wyboru. Choć każdy miał okazję się przekonać jakim jest partnerem, jakiego ma partnera i co w tym „związku” jest ważne.

Pierwsza konkurencja, jaką było kolarstwo wysokogórskie, pokazała, że małe jest piękne, ale duży może więcej. Ponadto okazało się jak kluczową rolę pełni „porywający” doping partnera. A co trzeba było zrobić? Generalnie „banał”. W ciągu 3 minut duet musiał pokonać jak największy dystans.

 Fot. Iwona Bocian

 

Fot. Iwona Bocian 

 

 

Fot. Iwona Bocian

 

Kiedy już bieżnik z opony Szumiego odszedł w niebyt nadszedł czas na zabawę z „małpami”. Konkurencja była „prosta”. Zespół musiał załadować na siebie tonę szpeju, butlę z tlenem, kaski, czekany, 20 m liny, zawiązać się liną wpiąć małpę i zapychać do góry. Oczywiście wszystko się pętliło pod nogami, a przepinki na trasie nie ułatwiały sprawy. Potem na szczycie konieczna była sweetfota (co tylko wydaje się łatwe – patrz zdjęcie zespołu Bociek-Roman) i można było zjeżdżać. Cały czas mając wszystko na sobie, będąc związanym (chyba nikt nie miał scyzoryka;). Parę przepinek po drodze i już po chwili można się było odmeldować na linii startu. Ale z aureolą widma brockenu wrócił tylko Szumi i Dawid. Reszta wróciła z większymi lub mniejszymi objawiamy choroby wysokogórskiej. 

 

Fot. Tomasz Urbańczyk 

 

Fot. Piotr Głowacki 

 

Fot. Selfie

 

Fot. Selfie 

 

Fot. Selfie

 

Kiedy już wszystkie zespoły się „przeleciały”, nadszedł czas na kanionig. Zgodnie z odwiecznym prawem grawitacji, żeby zjechać kajakiem, trzeba go najpierw wtargać na górę. I to chyba był ten moment, kiedy partnerzy zespołów mieszanych pożałowali swojej decyzji. Wszystko pięknie, ale z buły trzeba zadać i tyle. Jednak dzięki dopingowi każdy zespół dał radę wnieść sprzęt i na nim zjechać. O mało nie doszło na drodze do wypadku morsko-narciarsko-samochodowego, ale wszystko skończyło się dobrze.

 

Fot. Anonim - aparat koleżanki Iwony Bocian

 

Fot. Tomasz Urbańczyk 

 

Fot. Tomasz Urbańczyk

 

Kiedyś już każdy zespół czuł się wybujany na morzu trawy, nadszedł czas na skitury. Jeśli komuś wydaje się, że bieg z, de facto, płotem przywiązanym do nóg jest prosty, to niech spróbuje w domu. A kiedy jeszcze liczy się czas i trzeba wymienić się na trasie z partnerem, cała konkurencja staje się o wiele trudniejsza. Co prawda nie jesteśmy skialpinistami, jednak obyło się bez kontuzji, a raz za razem padały życiowe rekordy czasowe naszych klubowiczów.

 

Fot. Piotr Głowacki

 

Fot. Piotr Głowacki 

 

I to były już wszystkie konkurencje zaplanowane na sobotę. Po tych wszystkich, mniej lub bardziej sportowych zmaganiach, przyszedł czas na zasłużony wypoczynek przy paraolimpijskim ognisku. Atmosferze relaksu sprzyjała tadkowa gitara, latające czekany, rozdawane nagrody i zimne, pyszne, lane piwko prosto z Białej Małpy:-) A Ci, którzy mieli podczas całej zabawy mało biegania, mogli się wykazać podczas fajerbola, gdzie poza zrobieniem kilometrów była możliwość lekkiej lub większej modyfikacji fryzury i odzieży. W ostateczności, wszystko zależało od miejsca gdzie upadła „piłka”.

 

 Fot. Kamil Żmija

 

Fot. Kamil Żmija 

 

Fot. Kamil Żmija

 

Fot. Piotr Głowacki

 

Niedzielne przedpołudnie otworzyło przed zmęczonymi, acz wytrwałymi zawodnikami perspektywę kolejnych wyzwań. Konkurencja wspinania na czas z obciażeniem tradycyjnie już faworyzowała „dojrzalszych” uczestkików. I równie tradycyjnie zwycięzcą ogłoszono bezkonkurencyjnego Adama Zyzaka. Nastepnie paraolimpijczycy przemaszerowali niemal trzy merty aby chwycić w dłonie ostre narzędzia i zmierzyć się z drajtulowym panelem. Poprzez pot, krew i kruszyznę najszybciej przebił się Tomek Krzykawski, ale pozostali zawodnicy również poradzili sobie z problemem. 

 

Fot. Kamil Żmija

 

Fot. Kamil Żmija

 

Fot. Kamil Żmija 

 

Miłym zaskoczeniem dla organizatorów było pełne zaangażowanie pozostałych przy życiu na miejscu paraolimpijczków w niewdzięczny proces sprzątania śmieci i składania całego imprezowego kramu.

Jeszcze raz dziękujemy tym, którzy zaangażowali się w udział i organizację, a także tym, dzięki którym „najsprawniejsi” paraolimpijczycy mogli zostać nagrodzeni prawdziwie sportowymi nagrodami: Joli Wielickiej, HimalSportowi oraz Zbyszkowi Sołtysowi.

Zapraszamy do pełnej galerii:

http://www.kw.katowice.pl/zawody-kw-katowice-lutowiec-2014-galeria-79.html

 

Największe podziękowania składamy na ręce Przema za ogólnie pojętą organizację!

Fot. Piotr Głowacki

 

Zarząd KW

Tagi: klub, Skały, zawody
Kontakt | Polityka prywatności | Media | Stara wersja strony | Konto klubu | Konto Pomnikowe

Copyrights © 2010-2018 Klub Wysokogórski w Katowicach. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projektowanie i tworzenie stron internetowych Orko Group